Igrzyska Olimpijskie

    Start na Igrzyskach Olimpijskich jest marzeniem każdego sportowca. Ja sportowcem zostałem w wieku 15 lat i już wtedy zacząłem marzyć o występie na Igrzyskach Olimpijskich… Perspektywy na realizację tego celu nie były najlepsze, wychowywałem się w malutkiej miejscowości na Pomorzu, bez dostępu do infrastruktury sportowej oraz klubów sportowych. Miałem za to ogromne pragnienie, silną wolę oraz byłem skłonny poświęcić wiele i pracować bardzo ciężko, nawet jeśli istniał tylko cień szansy na powodzenie. Samozaparcie doprowadziło mnie do tego ,że po dwudziestu latach od rozpoczęcia przygody z bieganiem osiągnąłem swój wymarzony cel. Stanąłem na starcie maratonu olimpijskiego, przebiegłem cały dystans i przekroczyłem wymarzoną linię mety!

 

 

 

PRZYGOTOWANIA

 

     Przygotowania do maratonu w Sapporo przebiegły bardzo dobrze mimo ,że zbudowanie formy na ten bieg do łatwych zadań na pewno nie należało. W każdym razie od początku… Po Mistrzostwach Polski w Dębnie, gdzie sięgnąłem po swój dugi tytuł Mistrza Polski w maratonie, musiałem odpocząć. Po takim starcie, który całkowicie dewastuje Twój organizm po prostu nic się nie da zrobić.  Ostatni rok był gonitwą za wskaźnikiem uprawniającym do startu na Igrzyskach. Najpierw przygotowywałem się do maratonu w Walencji a  po krótkiej przerwie musiałem szybko wznawiać trening aby szykować się na Dębno! Jak trudny to był czas może świadczyć fakt ,że w ciągu ostatnich 12 miesięcy przed Igrzyskami przebiegłem ponad 8200km!

 

 

     Pierwszym etapem przygotowań do Igrzysk w Tokio było zgrupowanie w Szklarskiej Porębie. Przez ponad miesiąc pracowałem głównie nad siłą oraz wytrzymałością po to aby zbudować fundament pod specjalistyczny trening. Początki były trudne ale dyspozycja rosła zgodnie z planem. Z Karkonoszy zjeżdżałem naprawdę zadowolony. Drugim etapem przygotowań do Igrzysk Olimpijskich Tokyo 2020 było zgrupowanie w Sankt Moritz. Ponownie udało się zrealizować zaplanowany trening w pełni a noga zaczęła się fajnie kręcić.  W górach pracowałem głównie na prędkościach startowych, mimo hipoksji biegało się luźno i swobodnie. Trening był na tyle produktywny ,że po powrocie do Polski czułem się w życiowej formie. Jeszcze nigdy nie biegałem treningów tak szybko na takiej swobodzie. W Japonii przed startem mieliśmy spędzić sporo czasu. Mój plan zakładał wykonanie ostatnich mocnych treningów jeszcze w Polsce a w Japonii skupienie się już wyłącznie na aklimatyzacji do strefy czasowej i warunków pogodowych, podtrzymanie formy do startu oraz regenerację. Wspomniane ostatnie mocne treningi wyszły wyśmienicie. Najpierw przebiegłem 18 kilometrów biegu zmiennego 2km/1km średnio po 3’07”/km a następnie modyfikowaną 30kę po 3’23”/km. Oba te treningi wykonałem z dużą rezerwą i swobodą. Czułem się w gazie!

 

 

     Po przylocie do Tokio udaliśmy się prosto do Zao Bodairy na zgrupowanie aklimatyzacyjne. Na miejscu napotkaliśmy pierwsze problemy w postaci bazy treningowej. Teren był tak górzysty ,że nie było po prostu gdzie biegać! Drugą kwestią było to ,że baza dla maratończyków powinna być zlokalizowana w pobliżu Sapporo aby nie tracić kilkunastu godzin na dodatkowe podróże z tym związane.  W Zao Bodairze większość treningów zmuszeni byliśmy biegać na 400 metrowej tartanowej bieżni. Oprócz tego do dyspozycji mieliśmy dodatkowo jeden, autoryzowany przez Japończyków, odcinek asfaltu o długości dwóch kilometrów. Podróż na miejsce trwała jednak pół godziny w jedną stronę! Dodatkowym problemem było to ,że baza w Zao Bodairze położona była na wysokości 1000m n.p.m. Panowała tam temperatura o 10 stopni niższa od temperatury w Sapporo. Zjazd z tej wysokości następował na osiem dni przed planowanym startem w maratonie co miało prawo skutkować kryzysem w dniu startu. Zapewne wiele osób w tym momencie zada sobie pytanie po co w takim razie tam pojechaliśmy… Niestety ale nie mieliśmy wyboru. Na początku zgrupowanie aklimatyzacyjne miało zostać zorganizowane w Sapporo ale nic z tego nie wyszło. W tej sytuacji stwierdziliśmy zgodnie ,że chcemy jechać do Tokio. Decyzję niestety podjęto za nas i skierowano do Zao Bodairy.

     Na miejscu trenowało się bardzo ciężko. Różnice w prędkościach, tętnie i samopoczuciu w porównaniu do treningów realizowanych w Polsce były kolosalne. Doskonałym przykładem jest porównanie długich treningów:

22.07.2021 – Wrocław – 30km – Tempo średnie - 3’23” - Tętno średnie – 152

28.07.2021 – Zao Bodaira – 25km Tempo średnie – 3’44” – Tętno średnie - 149

     Pierwszym akcentem w Japonii były 300m odcinki podbiegów. Ze względu na wilgoć wysiłek był tak duży ,że po ostatnim odcinku zacząłem się hiperwentylować i mimo ,że stałem minutę to cały czas oddech przyspieszał a serce waliło jak oszalałe. Po treningach ,które trwały godzinę lub dłużej, buty były tak mokre ,że trzeba było je suszyć suszarką. Z resztą wszystko trzeba było suszyć suszarką elektryczną bo na miejscu nic nie chciało schnąć ze względu na wilgoć. Problemy z treningami nie dotyczyły tylko nas. Obserwując wpisy innych Europejczyków widziałem ,że Ci również męczą się mocno w tych warunkach.

 

 

     Pobyt w Sapporo również nie należał do najłatwiejszych. Zostaliśmy zamknięci w hotelu bez możliwości wychodzenia na zewnątrz. Siedzieliśmy przez tydzień stłoczeni w mikro pokoikach i czekaliśmy na start. Żeby wjechać do pokoju z bagażami musieliśmy najpierw wynieść na korytarz krzesła i stoliczek a następnie poukładać torby jedna na drugą! Nikt nie jechał tam po wygody ale w takich warunkach nie dało się zachować spokoju psychicznego. Jestem osobą ,która ceni sobie spokój i ciszę dlatego pobyt w Sapporo zdecydowanie nie był dla mnie czymś co będę dobrze wspominał. Zdarzało się ,że chcąc odpocząć i pobyć samemu uciekałem na klatkę schodową, siadałem na półpiętrze i słuchałem muzyki. To było po prostu jedyne miejsce w całym hotelu gdzie można było się przez chwilę wyciszyć. W wiosce olimpijskiej można było wyjść na świeże powietrze, przespacerować się a do dyspozycji zawodników było bardzo dużo różnego rodzaju atrakcji rozrywkowych. Tego wszystkiego na pewno bardzo nam brakowało. Atmosferę pobytu w Japonii a szczególnie w Sapporo określiłbym jako nerwową.

 

START

 

     Zrobiłem wszystko co możliwe aby stanąć na linii startu dobrze przygotowanym. Na podstawie treningów swoją formę oceniałem jako życiową. Popełniłem jednak jeden błąd ,który sprawił ,że wszystko to przestało mieć znaczenie… Na początku przygotowań lekarz oraz dietetyk ze związku zalecili nam testowanie gliceryny jako środka ,który miał pozwolić nam zmagazynować w organizmie większą ilość wody. Środek ten testowałem wiele razy pijąc 1,5L roztwory gliceryny z wodą i solą tuż przed długimi i ciężkimi treningami. Efekty tego były zadowalające więc stwierdziłem ,że powtórzę ten zabieg przed maratonem. Niestety tym razem wypicie tego roztworu spowodowało u mnie wystąpienie biegunki na rozgrzewce. Z toalety wychodziłem odwodniony i lekko podłamany. Jako doświadczony biegacz wiedziałem czym to będzie skutkowało w trakcie maratonu rozgrywanego w tak trudnych warunkach. Na starcie ustawiłem się na samym końcu. Biegałem już maratony w Rio De Janeiro czy Paramaribo więc wiedziałem ,że z takimi warunkami nie ma po prostu żartów. Jedyną rozsądną taktyką było zacząć spokojnie, z czasem przyspieszać i piąć się w klasyfikacji. Na starcie towarzyszyły mi ogromne emocje. Mimo kwalifikacji na Igrzyska, dotarcia do Japonii cały czas obawiałem się ,że coś może stanąć mi na drodze i wykluczyć mnie z rywalizacji. Wszak wiele osób już w wiosce olimpijskiej miało dodatni wynik na Covid-19 i nie mogło przystąpić do rywalizacji. Teraz te wszystkie obawy oddalały się ode mnie. Serce biło bardzo mocno. Tak długo pracowałem na tę chwilę! Strzał startera wybudził mnie z lekkiej zadumy. Przekroczyłem linię startu, byłem na trasie z najlepszymi biegaczami na Świecie!

 

 

     Bazując na swoim doświadczeniu planowałem rozpocząć bieg w tempie po 3’20”/km. Sporo wolniej od tempa na rekord życiowy ale w warunkach panujących w Sapporo trzeba było od razu zapomnieć o szybkim bieganiu. Tutaj liczyło się tylko i wyłącznie miejsce na mecie. Pierwsze pięć kilometrów pokonałem w tempie po 3’13”. Biegłem w ostatniej grupie razem z Adamem Nowickim. Nie czułem się komfortowo ale liczyłem ,że w dalszej części rywalizacji dogrzeję się i wejdę w rytm biegowy. Na trasie , wbrew zakazowi rządu japońskiego, zgromadziło się dość sporo kibiców ,którzy głośno nam kibicowali. Doping zawsze pomaga! Dziesięć kilometrów pokonałem wraz z Adamem w 32’30”. Średnia pierwszej dyszki wyszła po 3’15” więc w dalszym ciągu sporo szybciej od założenia. Niestety w dalszym ciągu nie czułem się najlepiej. Powodem oczywiście było odwodnienie spowodowane biegunką. Na potwierdzenie tego osoby ,które stały na pierwszych punktach odżywczych powiedziały mi po biegu ,że od początku byłem mocno blady. Tego dnia niestety musiałem się zmierzyć nie tylko z dystansem maratonu, piekielną wilgocią i temperaturą ale dodatkowo z osłabieniem wynikającym z odwodnienia. Samopoczucie w trakcie biegu się już nie poprawiło, trzecią piątkę pokonałem jeszcze po 3’13”/km ale zacząłem odstawać od grupy. Na tym etapie biegu nie ma prawa nic się dziać jeśli przystępujemy do biegu w normalnej dyspozycji. Dla mnie od tego momentu zaczęło się cierpienie. Musiałem zapomnieć o walce o wysokie lokaty i skupić się nad tym aby ukończyć ten bieg. Tempo mocno spadło, przebiegnięcie kolejnych pięciu kilometrów zajęło mi 17’01” czyli po 3’24”/km. Kolejna piątka była jeszcze wolniejsza – 17’09” (3’26”/km). Zawodnicy z dalszych pozycji zaczęli mnie mijać a ja nie bardzo byłem w stanie zareagować. W tym momencie czułem z jednej strony złość a z drugiej strony rozgoryczenie. Ostatnie miesiące przepracowałem bardzo solidnie, czułem się bardzo dobrze przygotowany a przez prosty błąd wszystko poszło na marne. Starałem się skupić na tym co ważne. Olimpijczykiem człowiek staje się w momencie ślubowania ale wewnętrznie czułem ,że dopiero dotarcie do mety zrobi ze mnie prawdziwego olimpijczyka. Poza tym nie przyjechałem tutaj na wycieczkę. Chciałem walczyć o wysokie miejsce ale skoro przyszło mi walczyć o trochę dalszą pozycję to trzeba było zrobić co tylko możliwe aby wyszarpać chociażby jedno miejsce wyżej. Przestałem się skupiać na tempie, zacząłem myśleć o rywalach przede mną. Na 25 kilometrze zameldowałem się jako 88 zawodnik. Pięć kilometrów później byłem już 78. Po drodze mijałem zawodników ,którzy słaniali się na nogach lub leżeli wzdłuż krawężników. Co jakiś czas przejeżdżała obok mnie karetka jadącą do zawodników potrzebujących pomocy. Każdy z nas wiedział ,że warunki będą ciężkie ale jak widać nawet doświadczeni zawodnicy potrafią źle ocenić granice możliwości swoich organizmów. Dla mnie ten maraton będzie jednym z trudniejszych w karierze. Od początku zmagałem się z osłabieniem a nogi nie chciały współpracować. ,,Rzeźbiłem” na tyle na ile byłem w stanie. Chwilę po przebiegnięciu 31kilometra minąłem Marcina ,który też ewidentnie zmagał się z jakimś problemem. Stał przy punkcie odżywczym a gdy przebiegłem obok niego starał się dołączyć do mnie, po chwili przestałem go słyszeć. Ponownie skupiłem się na zawodnikach biegnących przede mną. Do mety chciałem dogonić jak najwięcej rywali, każda pozycja miała znaczenie. Znacznik 35 kilometra pokonałem jako 71 zawodnik. Ostatnie siedem kilometrów do mety przypominało marsz trupów. Temperatura w tym momencie była najwyższa a zawodnicy najbardziej zmęczeni. Niektórzy biegli w tempie szybkiego marszu, inni szli. Każdy jednak był już na tyle blisko mety ,że wszelkimi sposobami starał się dotrzeć do mety. Wykorzystałem to i przesunąłem się jeszcze o kilka pozycji, byłem 63! Wbiegając na ostatnią prostą poczułem szczęście. Z jednej strony ze względu na to ,że meta oznaczała koniec cierpienia a z drugiej właśnie realizowałem swoje marzenie i życiowy cel. Nie myślałem o pozycji czy o czasie ale właśnie o tej długiej drodze ,która mnie doprowadziła do tego celu. Dwadzieścia lat ciężkiej pracy, determinacji, cierpliwości i wyrzeczeń, było warto ! Po przekroczeniu linii mety byłem skrajnie wyczerpany ale poczułem również spełnienie. Pierwszy raz w swoim życiu towarzyszyło mi takie uczucie!

 

 

     Pisząc epilog uśmiecham się do siebie… Cały czas wracają wspomnienia z tego pięknego wyścigu. W końcu zostałem olimpijczykiem! Przede mną na pewno jeszcze wiele celów do zrealizowania, rekordów do pobicia i medali do zdobycia ale już ze świadomości